Assasin’s Creed: Rogue Remastered – Opinia

Morskie wyprawy w Rogue to czysta przyjemność.

Grę do materiału udostępnił wydawca – Ubisoft Polska.

 

Pewnie myślicie, że już dawno zapomniałem o co chodzi w AC Rogue i opinia będzie od czapy, więc uprzedzam, że tak nie będzie. Długo biłem się z myślami jaką opinię wyrazić. Nie grałem w wersję podstawową na PS3, więc nie jestem w stanie porównać silnika, grafiki czy tego jak to Shay skakał na bok zamiast w przód, a teraz tego nie robi. Mało tego! Chwilę przed tym grałem w AC: Origins, który kompletnie mnie zauroczył… I powiem Wam, że odpalając Rogue Remastered spodziewałem się brzydko odświeżonego Bayeka biegającego po statku i jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że tak nie jest, a mało tego – gra wygląda pięknie!

Pierwsze wrażenie za mną, więc pora wczuć się w fabułę. Główny bohater to niejaki Shay Cormac – asasyn dumny z tego kim jest, pełen zaufania do swoich zakapturzonych przyjaciół. Dzielnie wykonuje misje zgodne z jego kredo polegające – jak to w zawsze w serii AC bywa – na zabijaniu kolejnych celów, dając bądź nie dając się zauważyć. Ten system jest dla mnie OK. Lubię mieć jasno określony cel i akurat tutaj nie jest to nic nowego. Akcja dramatycznie nabiera tempa, kiedy Shay znajduje przedmiot wyglądający jak Ghost z Destiny. Wtedy okazuje się, że przyjaciele nie do końca byli szczerzy z naszym bohaterem, co jak można było się domyśleć powoduje u niego niemałą frustrację. Nasz bohater oczywiście próbuje rozwiązywać sprawy po dobroci, jednak wszyscy doskonale wiemy, jak takie próby kończą się w tego typu scenariuszach. Cudem uniknąwszy śmierci młody bohater (już nie Asasyn) postanawia uratować świat, przed złymi zabójcami i brata się z bractwem Templariuszy!

Doskonale wiecie co będzie potem (kolejne cele do zabicia). To na co chciałem zwrócić uwagę to po pierwsze grafika, która wygląda na prawdę cudnie. Gra świateł, natura (za wyjątkiem zwierząt, bo te wyglądają dziwnie) i to jak elementy do parkouru są wplecione w otoczenie zrobiło na mnie naprawdę ogromne wrażenie. Po drugie, nie spotkałem się tutaj z problemami przy sterowaniu co było dla mnie bardzo miłym zaskoczeniem, bo pamiętam starsze Assasyny, a nawet problemy jakie zdarzały się w Origins. Shay biegł tam gdzie chciałem, aby biegł, skakał kiedy chciałem żeby skakał i tłukł przeciwników jak należy, kiedy właśnie tego potrzebowałem. I po trzecie coś co zrobiło na mnie największe wrażenie (wyprzedzając pytania – nie grałem w Black Flag) czyli bitwy morskie! Na samo to jak Atlantyk wygląda w tej odsłonie zrobiłem wielkie WOW i muszę przyznać, że nawet moja żona zainteresowała się tym co dzieje się na ekranie, a ostatnio takie zajście miało miejsce przy Wiedźminie. Wracając… to jak toczy się w tej grze bitwy morskie to coś niesamowitego. To poczucie ciężkości, kiedy manewrujesz przy niesprzyjającym wietrze, to jak zauważalne są wady i zalety tego, że Morrigan często jest mniejsza niż okręty przeciwników, to jak wiele aspektów ma wpływ na to jak bitwa się zakończy…. Coś pięknego. Przechodząc fabułę mówiłem sobie w myślach „kurde to będzie tytuł do, którego chętnie wrócę właśnie dla tych bitew!”, ale potem zacząłem go platynować…

Tak. Platynowanie Rogue’a było mordęgą, Popełniłem jeden kluczowy błąd tj. Cieszyłem się grą, zamiast skupić się na platynie od początku. Zaowocowało to tym, że po przejściu miałem do powtórzenia praktycznie każdą synchronizację i do znalezienia jakieś chore setki znajdziek… Ciekawe misje zmieniły się w przebieganie przez miasto po dachu, oglądanie lokacji w szukanie patyka, po którym można się wspiąć, a te piękne, cudowne bitwy morskie w teleportowanie się po Północnym Atlantyku w poszukiwaniu królewskich konwojów… Przy platynowaniu gra mi zwyczajnie zbrzydła i wbiciu ostatniej trofki miałem opory przed odpaleniem jej w celu dorobienia ostatnich screenów do poradnika. Może to przesyt, a może Ubisoft, znów przegiął z liczbą rzeczy do znalezienia. 🙂

Podsumowując. Gra trzyma klimat i mimo że nie mamy tu do czynienia z piratami jakich znamy z filmów czy książek, to wcielając się w Shay’a Cormaca poczułem się zdradzony i doskonale zrozumiałem jego chęć zemsty. Bawiłem się świetnie przechodząc wątek fabularny i dryfując po Atlantyku. Wydaje mi się jednak, że platynowanie tego tytułu od pierwszego uruchomienia może zwyczajnie zabić tę radość, której mimo wszystko oczekujemy od gier. Suma summarum fabularnie polecam w 100%, do platynowania od początku w 50% a do platynowania w taki sposób jak ja to zrobiłem w 1% ;).

 

Polecamy

Plusy

+ pięknie odświeżona szata graficzna,
+ klimat (ah te szanty),
+ bitwy morskie,

Minusy

- tych znajdziek to więcej nie mogli dać?