Destiny 2: Curse of Osiris – Opinia

Tak słabej formy Bungie nie widzieliśmy już dawno…

Materiał zrealizowany dzięki uprzejmości Activision.

 

Destiny to gra specyficzna, jedni się zakochają, a inni znienawidzą. Ten sztampowy tekst nigdy nie opuści tej serii. Niestety, ostatnie zachowania Bungie są w stanie odtrącić od siebie nawet najbardziej zagorzałych fanów. Problemy zaczęły się, gdy jeden z użytkowników odkrył, że twórcy gry ukryli w niej podstępne mechanizmy spowalniające zdobywanie punktów doświadczenia, co kończyło się tym, że dostawaliśmy raptem 4% całości XP za każde wyzwanie, event, itd. Wszystko rzecz jasna po to, żeby zmusić wręcz gracza do zakupu Jasnych Engramów u Everis, czyli mówiąc krótko, skorzystania z mikrotransakcji. Wznieciło to niemałą burzę w internecie, a przez to odwołano nawet ostatni z 3 streamów promujących owy dodatek na rzecz wyjaśnienia przyszłości Destiny 2 i uspokojenia fanów. Czy się udało? Warto było czekać na ten dodatek no i czy wprowadził zmiany, których wszyscy oczekiwali? Może poniższa opinia pomoże Wam w decyzji czy warto wydać niemałą kwotę na to dlc.

„Szefie, dej 2 złote na winko”

Główny wątek dodatku można ukończyć w raptem… 2 godziny (i to z przerwami!). Tak jest, całe 2 godziny, żeby ukończyć ścieżkę fabularną i poznać krótką historię Ozyrysa, jego zaginięcia oraz jak zwykle uratowania świata przed złymi Vexami. Na mapie pojawia się nowa planeta, Merkury. Zaczynamy tam naszą przygodę od efektownego i prerenderowanego filmiku, który jest niczym innym jak trailerem, który serwowano nam przed premierą dlc. Wydaje mi się, że studio takie jak Bungie chyba stać na więcej niż wciskanie oklepanego trailera do gry? Jest to jeden z dwóch tego typu filmików, drugi zobaczycie na samym końcu, czyli w sumie niedługo po pierwszym, cała reszta to nudna gadanina na silniku gry. Wróćmy jeszcze do wątku fabularnego, ponieważ jest on tak chaotyczny, że naprawdę ciężko nadążyć za wydarzeniami i zrozumieć poszczególne wątki. W skrócie można opisać to tak, że początkowo widzimy tytułowego Ozyrysa podczas walki z Vexami (Vault of Glass?), a następnie przenosi się w czasie, żeby zapobiec katastrofie, a przy tym zostawia swojego Ducha. Tutaj właśnie rozpoczyna się nasza historia, ponieważ musimy odnaleźć w/w duszka, który poprowadzi nas przez całe dlc i przy pomocy naszego strażnika uwolni Ozyrysa z pętli czasowej (wierzcie mi, to żaden spoiler). I tyle widzieliśmy Ozyrysa… Cała rozgrywka to to co znamy już doskonale, czyli „run & gun”. Nie ma tu myślenia, rozwiązywania zagadek, szukania kluczy czy ukrytych przejść. Całość jest tak sztampowa, że zalatuje to powoli już zeszłą erą gier. Robimy ciągle to samo, strzelamy ciągle do tych samych przeciwników i bez końca dostajemy bezużyteczny loot.

Zdecydowanie najlepszy widok w całym Destiny 2.

Lokacje jakie odwiedzimy podczas całej historii to głównie Merkury i różne przedziały czasowe oraz „symulacje” (np. atak Cabali na Merkury). Najjaśniejszym punktem całego dodatku jest zdecydowanie widok Merkurego z przeszłości. Wspaniałe, zarośnięte i kolorowe sawanny, które przypominają animacje rodem od Disney’a. Liczba kolorów, design otoczenia oraz sama ścieżka dźwiękowa powodują opad szczęki i chęć pozostania w tym miejscu jak najdłużej. Dlaczego nie może być więcej tego typu miejscówek w grze?! Za tą miejscówkę należą się brawa grafikom, coś pięknego. Dalej niestety nie jest już tak kolorowo (dosłownie i w przenośni). Poznamy tzw. Nieskończony Las, który po paru sesjach będzie nam wychodzić bokiem… Potencjał miejscówki został koncertowo zmarnowany i zamiast ciekawej lokacji, pełnej skrytek i tajemnic, dostajemy nudny zapychacz, który można określić jako korytarz pomiędzy lokacją startową, a końcową. Niby składa się on z losowych segmentów, które przy każdym podejściu są dobierane inaczej, ale co z tego skoro każdy jeden wygląda podobnie do poprzedniego. Na domiar złego nie możemy tutaj nawet używać naszych Sparrowów, a żeby otworzyć przejście do następnej platformy trzeba zabić kilku „demonów” (niestety, standardowe modele przeciwników z czerwoną poświatą), także szybki sprint też odpada. Jeśli mam być szczery, jest to najnudniejsza lokalizacja z jaką przyszło mi się zmierzyć w całej serii Destiny… Myślałem, że bieganie po Dreadnaught w jedynce było męczące, ale tutaj to jest zupełnie nowy poziom nudziarstwa.

Cała lokacja patrolowa na jednym screenie..

Na osobny akapit zasługuje lokacja patrolowa na Merkurym, na której znajduje się „największy i najbardziej zaawansowany” publiczny event w grze… Gdzie tak naprawdę jest to event, który polega na skakaniu z jednego końca mapy na drugi przy pomocy odskoczni i zabiciu Hydry, włożeniu orbów w odpowiednie miejsca i gotowe. Na koniec dostajemy 2 skrzynie z nagrodami, czyli logicznie myśląc 2x tyle nagród co zwykle? Jeśli 2 żetony i niebieski przedmiot (z obu skrzyń łącznie!) to te fantastyczne nagrody to ja podziękuje. Nie wiem kto to będzie grał, skoro można robić eventy, które są znacznie krótsze i nagradzają dosłownie tak samo. Poza tym „wspaniałym” publicznym eventem dostajemy również 3 nowe przygody oraz ich wersje heroiczne. Niestety, każda opiera się na tym samym, czyli startujemy w lokacji patrolowej, biegniemy przez Nieskończony Las i lądujemy w końcowej lokacji, które znamy z fabuły dodatku. Wersje heroiczne charakteryzują się modyfikatorami znanymi z nocnych szturmów oraz wysokim poziomem trudności i nieco lepszym lootem na koniec. Na mapie lokacji patrolowej, poza w/w aktywności, znajdziemy to co już dobrze znamy, czyli kilka Zagubionych Sektorów, parę Złotych Skrzyń i tyle. Lokacja jest tak mała, że wyłączono nawet możliwość używania Sparrowa, żeby zbyt szybko przez nią nie przelatywać… Latarnia, która miała być nową miejscówką socjalną jest tak naprawdę jednym pokojem z jednym NPC… Dosłownie. To nie ta latarnia, którą znamy z jedynki, co trochę mnie zdziwiło…

Po kilku razach ten tunel będzie Wam wychodzić bokiem.

Najważniejsze jednak pytanie to czy jest tutaj co robić po zrobieniu fabuły i przygód? Teoretycznie tak, bo dostajemy niby 2 „nowe” szturmy, które są niczym innym jak wyciętymi misjami z fabuły dlc (takiej fuszerki w grze chyba już dawno nie widziałem), kilka nowych map PVP, nowy raid oraz zupełną nowość, czyli tzw. „Utracone Przepowiednie”, które znajdziemy u NPC w nowej Latarni. Jest to nic innego jak zestaw kilkunastu zadań (na tydzień można zrobić max 3), które wymagają zbierania nowego surowca. Dostaniemy go za ukończenie publicznych eventów, szturmów, crucible, nightfall, itd. Gdy zbierzemy odpowiednią liczbę to wracamy do NPC, wymieniamy nasze surowce na odpowiedni materiał, łączymy go z przedmiotem, który dostaliśmy od NPC, a na koniec udajemy się do tzw. Pieca i wyrabiamy nową broń. Bronie są nowe i mają design nawiązujący do całego dodatku. Czy są jednak warte uwagi? Biorąc pod uwagę ilość grindu jaki jest wymagany oraz fakt, że surowce nie wpadają nam za każdą wykonaną aktywność (czasami dostajemy jedną sztukę co trzeci event…) to nie bardzo. Dla kogoś kto zrobił w grze dosłownie wszystko i koniecznie chce grać dalej jest to dobre zajęcie, jednak dla całej reszty raczej nudna ciekawostka. Po odkryciu wszystkich broni dostaniemy Ducha, który wygląda jak ten od Ozyrysa. Jednak dojście do tego etapu to naprawdę droga przez mękę i tona grindu. Tylko dla zatwardziałych fanów.

Tytułowy Ozyrys głównie będzie nam się objawiał w takiej postaci.

W takim razie może jest lepiej na polu nowych egzotyków? No niestety, prawie połowa nowych egzotyków to ponownie odświeżone starocie z jedynki, takie jak Jade Rabbit czy Telesto… Nie twierdzę, że to złe bronie, ale czy studio składające się ponad 700 osób naprawdę nie jest w stanie wprowadzić czegoś nowego do gry, tylko odświeżać starocie? Zagrywki rodem z Call of Duty, co w sumie nie dziwi patrząc na to kto jest wydawcą obu gier. Jednak jest i perełka w postaci egzotycznego granatnika z czymś w rodzaju „granato-pajączków”, które same namierzą nasz cel. Wspaniała broń, która przypomniała mi czasy Gjallarhorna i beztroskiego naparzania do bossów i mocniejszych przeciwników. Wystarczyło namierzyć, strzelić i niczym innym się nie martwić, bo rakieta/granat zawsze dosięgnie celu. Obok granatnika dostajemy również solarną wersję Coldhearta, która różni się głównie kolorem.
Jeśli chodzi o pancerze to również każda klasa dostała kilka nowych sztuk. Mamy obrzydliwy hełm dla tytana czy też łapy dla huntera nawiązujące do „Old Russia” z jedynki. Pytanie tylko, dlaczego wszystkiego jest tak mało? Nawet człowiek grający raptem kilka godzin w tygodniu będzie w stanie większość zdobyć bez większego trudu.

Walka z bossami (fabuła oraz raid) to chyba jedne z lepszych momentów tego dlc.

Nie chce, żeby wyszło, że ciągle narzekam, dlatego na koniec zostawiłem to co najlepsze, czyli raid. Znajduje się on co prawda w tej samej lokacji co poprzedni (jednak design jest zupełnie inny) i tym razem schodzimy do tzw. „Podbrzusza” bestii. Najazd nie jest tak długi jak poprzedni, wręcz można by powiedzieć, że jest on nawet krótszy niż Crota, ale czy to źle? Wręcz przeciwnie! Dostajemy tutaj dynamiczne wyzwanie, które wymaga sporej mobilności i zgrania całego zespołu. Jest sporo skakania po platformach, a każda osoba ma swoje zadanie. Boss jest co prawda jeden, ale za to jaki! Grając raid bawiłem się naprawdę dobrze i widać, że ekipa odpowiedzialna za te aktywności wzięła sobie do serca opinię ludzi. Koniec z nudnym bieganiem w kółko i wręcz zerowym strzelaniem. Dostajemy tutaj samo mięso i to co jest najlepsze w tej grze. Duży plus i zdecydowanie bardziej wolę tego typu „encounter” niż bieganie za psami po parku… Szkoda tylko, że w parze nie idzie sprzęt, który dostajemy w nagrodę. Pancerz z nowego raidu można określić krótko, tragedia… Lepsze sety można zdobyć na poszczególnych planetach za żetony niż to co oferuje nowy najazd.

Podsumowując cały dodatek można powiedzieć krótko, tak źle jeszcze nigdy nie było. Nawet „House of Wolves” było znacznie lepszym dodatkiem niż ten, a bądźmy szczerzy, wysokich lotów to on nie był. Poza jedną lokacją na Merkurym oraz raidem nie ma tutaj żadnych pozytywów. Fabuła zrobiona na kolanie, długość głównego wątku to kpina, a liczba nowych rzeczy i zmian zakrawa o żart. Farmienie „Utraconych Przepowiedni” jest tak naprawdę tylko dla małej garstki zatwardziałych graczy, którzy nie widzą świata poza tą grą, a same nagrody i tak nie są tego warte. Nie wiem czym kierowało się studio przy tworzeniu tego dlc, ale na pewno nie opinią graczy, której to niby tak bardzo słuchają (i pewnie nic poza tym). Słabą formę studia widzą już nie tylko sami gracze, ale nawet branża, a tego PR’owcy olać już nie mogą. Ostatnie skandale z „kłamliwym XP” oraz bardzo słabe recenzje dodatku powinny w końcu dać komuś do myślenia, ale czy tak będzie? Obawiam się jednak, że kolejny dodatek będzie równie kiepski co obecny, a prawdziwe zmiany zobaczymy dopiero w dlc na miarę TTK z jedynki. Pytanie tylko ilu będzie aktywnych graczy oraz ilu odpuści zakup z uwagi na kiepskie oceny poprzednich dodatków. Wierzcie mi, bardzo chciałbym napisać, że to świetny dodatek, gra dostała skrzydeł, dlc tchnęło w nią nowe życie, ale jest zupełnie odwrotnie… Wszelkie wady i archaizmy widać jeszcze bardziej, a ciągłe walenie do tych samych przeciwników od 3 lat nie jest już ciekawe w jakimkolwiek stopniu. Jeśli Bungie chce uratować i przywrócić na piedestał swój produkt to muszą naprawdę wziąć się do roboty. Wypuszczanie DLC, które jest na poziomie darmowego patcha to środkowy palec w stronę graczy, a miarka się już przebrała. Dodatek zdecydowanie można odpuścić, a osoby które chcą powrócić najlepiej niech poczekają do września 2018, bo pewnie wtedy dostaniemy prawdziwy dodatek z krwi i kości, a przynajmniej mam taką nadzieję…

To DLC jest jak ten Nieskończony Las, puste, nudne i pełne zmarnowanego potencjału.

 

Plusy:

+ merkury z przeszłości,
+ raid,

 

Minusy:

 bardzo krótka fabuła,
 wręcz zerowa liczba zmian,
 monotonia i powtarzalność,
 Nieskończony Las,
 sporo egzotyków z jedynki.

  • Dobrze, że w takim razie na razie nie porwałam się na kupno dodatku:)