God of War – Opinia

Kratos powraca w prawdopodobnie najlepszej jak dotąd formie!

Kopię gry dostarczył wydawca – Sony Interactive Entertainment Polska.

 

Każdy z nas ma swoją ukochaną grę, którą stawia na piedestale i zawsze będzie dla niego tą najlepszą. Nie ważne czy to stara 8-bitowa produkcja czy wielomilionowe dzieło spod szyldu największych korporacji. Nie będę oryginalny, gdy powiem, że po premierze God of War’a na PS4 właśnie ta gra dla wielu stanie się tą jedną z najlepszych, którą zapamiętają na lata. Na chwilę obecną jest to jeden z najmocniejszych pretendentów do gry roku, a może nawet i dekady! Santa Monica Studio pokazało, że gry singlowe to wciąż potęga, a dobrze napisane postacie i fabuła potrafią uczynić z gry dobrej genialną.

Kratos powraca po kilku latach nieobecności. Tym razem przechodzimy z gorącej greckiej mitologii wprost do mroźnej i skutej lodem nordyckiej. Nasz heros chciał się ukryć przed swoją przeszłością, założył nawet rodzinę, doczekał się syna i wyhodował w końcu pokaźną brodę. Ogniste miecze zamienił na topór, który służył mu głównie do powalania drzew, a nie przeciwników. Niestety sielanka trwała tylko do czasu ponieważ obecność obcego boga na terenie Odyna i Thora nie mogła przejść bez echa. Już na samym początku dostajemy po twarzy tak genialną wejściową walką, że trzeba szczerze przyznać iż jest to jedne z najlepszych wprowadzeń od wielu lat. Kurczowe trzymanie pada i zaciskanie pośladków to znak już po kilku minutach gry to znak, że mamy do czynienia z produkcją ponadprzeciętną!

Potężnych przeciwników w grze nie brakuje.

Oczywiście nie będę tutaj spojlerował i opowiadał całej fabuły gry związanej z nordyckimi bogami, jednak główny zarys fabularny wygląda tak, że jesteśmy w trakcie kremacji żony Kratosa. Następnie chcąc wykonać ostatnią wolę zmarłej, nasza dwójka bohaterów będzie musiała udać się z jej prochami na najwyższy szczyt, aby je tam rozsypać. Nie muszę chyba dodawać, że po drodze spotkamy tonę przeciwników, masę zagadek oraz kilka ciekawych postaci, które będą nam towarzyszyć przez całą przygodę. Będzie też kilka zwrotów fabularnych, mniej lub bardziej spodziewanych, ale będą. Do pełni szczęścia, cały czas będziemy świadkami pogłębiającej się więzi między ojcem i synem. Atreus, bo tak zwie się nasz chłopaczyna, towarzyszy nam przez cały czas. Początkowo miałem obawy, że to kolejna gra z nudnym kompanem AI, który będzie się zachowywać idiotycznie w poważnych sytuacjach, a na domiar złego nie wniesie wiele do rozgrywki. Jakże się myliłem… Chłopak jest naprawdę przydatny bo przy pomocy swojego łuku potrafi ściągnąć na siebie przeciwników, odpalić runiczny atak czy nawet przytrzymać nam wroga, abyśmy mogli go dobić lub wykonać na nim jakiś ciężki cios. Gdy przez dłuższy czas nie jesteśmy w stanie rozwiązać jakiejś zagadki to rzuci nam pomocną wskazówkę. Jego dialogi nie są męczące, odzywa się wtedy kiedy trzeba, a podczas walki ostrzega nas o wrogach, którzy zachodzą nas od tyłu (przydatne!). Jest taki moment w fabule, kiedy zacznie nam działać na nerwy niczym rozpuszczony mały dzieciak, któremu wszystko wolno. Na szczęście nie trwa to długo, ale pokazuje jak autorzy doskonale potrafią bawić się naszymi emocjami.

Rodzina jest zawsze najważniejsza…

Na największą uwagę zasługuje wcześniej wspomniana więź pomiędzy ojcem i synem. Widać, że ludzie odpowiedzialni za te postaci sami są rodzicami i potrafili przerzucić swoje doświadczenia do świata gry, co jak przekonaliśmy się już wiele razy, nie jest takie proste. Dialogi, mowa ciała, emocje czy chociażby obrażanie się małego, gdy ojciec go zrypie to po prostu życie każdego rodzica… No może poza wyrzynaniem setek demonów i potworów. Kratos nie jest raczej typem czułego ojca, zaś mały jedyne czego oczekuje od niego to słowa uznania, a jak wiemy, bóg wojny nie jest osobą, której łatwo zaimponować. Cała ta kombinacja udała się naprawdę dobrze i nie zdziwię się jak będzie kontynuowana w kolejnych częściach. Rodzinne więzy to jakby nie patrzeć temat przewodni całej gry, ale nie będę nic więcej zdradzał.

Odwiedzimy naprawdę piękne miejscówki.

Zostawmy w końcu te perypetie rodzinne i skupmy się na samej zawartości gry i zmianach w najnowszej odsłownie przygód Kratosa, bo tych jest bez liku. Najważniejsza to ta widoczna gołym okiem, czyli zmiana tempa rozgrywki oraz umiejscowienia kamery za plecami bohatera. Stara formuła już dawno się przejadła i potrzebowała odświeżenia. Uważam, że obecna forma to strzał w dziesiątkę, szczególnie przy ogromnej popularności gier typu „souls-like”. Co prawda poziom trudności nie jest aż tak wygórowany jak w produkcjach From Software, ale naleciałości widać gołym okiem. Nawet zwykły przeciwnik jest w stanie nas pokonać, za to my musimy nauczyć się ich schematów i odpowiednio balansować pomiędzy obroną i atakiem. Stare naparzanie w przyciski nie zda tutaj egzaminu, szczególnie na wyższych poziomach trudności, gdzie takie zachowania są natychmiastowo karane w postaci zgonu. Nawet wypasiony sprzęt nie gwarantuje nam łatwej przeprawy. Z innych zmian warto odnotować rozbrat z systemem QTE (wciskanie przycisków pojawiających się na ekranie), czyli czymś co było mocno kojarzone z tą serią. Tym razem podczas większości cut-scenek możemy spokojnie odłożyć pada, ponieważ nie zostaniemy zaskoczeni nagłym wymogiem wciskania przycisków, a jedyne sekwencje QTE, które pojawią się w grze są banalnie proste i przewidywalne. Dla mnie jest to ważna i pozytywna zmiana. Podczas przerywników chce skupić się na fabule, a nie siedzieć jak na szpilkach bo może pojawić się na ekranie jakiś przycisk do wciśnięcia. Kolejną ważną zmianą i wręcz nowością jest ulepszanie naszego sprzętu niczym w rasowym RPG. Oczywiście odpowiednio uproszczone, ale w końcu możemy dopasować sprzęt do naszego stylu gry. Jeśli ktoś woli iść w większą odporność i skupić się na odnowie energii czy atakach runicznych to śmiało ma taką możliwość. Jak ktoś woli klasyczną siłę to również ma pole do popisu. Kratosa możemy odziać w sprzęt, który jest oznaczony wg przyjętego już standardu w grach rpg, czyli białe i zielone itemy to te najsłabsze, a fioletowe i żółte/pomarańczowe to te najlepsze. I tak wraz z rozwojem fabuły następuje również rozwój naszego bohatera, jego pancerza, talizmanów czy samego oręża. Jakby jeszcze tego było mało, to ulepszenia odbywają się nie tylko poprzez „suche” bieganie za skrzynkami. Przykładowo nasz topór ulepszamy głównie za sprawą przedmiotów, które otrzymujemy dopiero po ukończeniu ciekawych zadań pobocznych, które mają swoją własną fabułę.

Krwi nie brakuje, ale to nie to co kiedyś.

Zmianie uległa sama brutalność całej gry. Nie zrozumcie mnie źle, krew i mięso wciąż sypią się od czasu do czasu, ale nie jest to poziom, który znamy z poprzednich części. Czasami miałem nawet wrażenie, że gra została nieco ugrzeczniona, aby trafiła do szerszego grona odbiorców. Nie jest to zły ruch, ale od boga wojny spodziewałem się nieco więcej wypruwania flaków i mapy całej w krwi przeciwników. Mimo wszystko jest to detal, którego czepiam się już naprawdę na siłę.

Zmiany zaszły również na mapie świata. Gra nie jest co prawda pełnokrwistym sandboxem, a sekcje liniowe wciąż są w przewadze, tak dostajemy dość duży teren do zwiedzania. Najważniejszym miejscem na mapie, a zarazem największym jest sam Midgard, czyli główny świat, w którym spędzimy najwięcej czasu. Większość miejsc odwiedzimy przy pomocy naszej łódki, która zastępuje tutaj wszelkiego rodzaju koninę. Tam, gdzie jednak nie da rady dopłynąć będziemy musieli udać się pieszo, przynajmniej ten pierwszy raz, żeby odkryć magiczny portal, który później służy jak punkt szybkiej podróży. Jeśli nie chcemy pchać fabuły do przodu możemy spokojnie skupić się na eksploracji, a jest czego ponieważ świat jest naprawdę duży, a co ważniejsze urozmaicony. Nie ma tu rzecz jasna obszarów niczym w Skyrimie, mapa jest dużo bardziej skondensowana, ale w przypadku tej gry to tylko i wyłącznie zaleta. Poza samym Midgardem zwiedzimy również inne światy znane z mitologii nordyckiej, jak chociażby Helheim, czyli odpowiednik piekła czy Alfheim, które przypomina rajską wyspę. Niestety, pomimo istnienia 9 światów oraz pokazania ich w grze, dostęp mamy raptem do połowy z nich. Nie wiadomo czy reszta przewidziana jest na DLC czy następne części, w każdym razie będziemy musieli obejść się smakiem. Pozostałe światy są znacznie mniejsze od Midgardu i zdecydowanie bardziej liniowe. Część z nich poświęcona została aktywnością końcowym gry, jak chociażby Trialsy znane z poprzednich gier.

Kto powiedział, że nordyckie krainy to tylko lód i śnieg?

No właśnie, aktywności końcowe… Po ukończeniu gry nie musimy odkładać jej na półkę. Autorzy zadbali o to, żebyśmy wciąż mieli co robić poza samym zbieraniem durnych znajdziek (niestety nadal tu są). Najważniejszą z takich atrakcji jest Niflheim, czyli kraina otoczona gęstą mgłą, w której przebywanie przez dłuższy okres czasu kończy się śmiercią (mamy nawet odpowiedni pasek informujący nas o tym). Cały obszar przypomina mniej więcej formę diamentu, gdzie mamy odpowiednio rozmieszczone strefy, a pomiędzy nimi pułapki, które zmieniają się za każdym razem gdy rozpoczniemy tą aktywność. Naszym zadaniem jest zaliczenie jak największej ilości pomieszczeń przy ciągle spadającym pasku zatrucia mgłą. Jesteśmy ograniczeni czasowo, a to ile materiałów wyciągniemy z jednego pobytu zależy tylko i wyłącznie od nas i naszego sprzętu. Im więcej pomieszczeń zaliczymy tym lepsze materiały wyciągniemy. Głównym składnikiem są echa mgły, za które możemy kupić i ulepszyć najlepszy sprzęt w grze (oczywiście to tylko jeden składnik z kilku wymaganych). W punkcie centralnym znajduje się pomieszczenie ze skrzyniami, a w nich masa najlepszych materiałów i przedmiotów w grze. Dlatego warto poświęcić tej miejscówce trochę więcej czasu. Poza tym mamy wcześniej wspomniane Trialsy, czyli próby które mają odpowiednie wymagania, jak np. zabić odpowiednią ilość przeciwników w danym czasie, czy nie dać się uderzyć, itd. Tutaj również nagrodą są cenne materiały do budowy najlepszego sprzętu. Można powiedzieć, że wszystkie te aktywności mają jeden cel, czyli przygotowanie nas na Walkirie, które są zdecydowanie najtrudniejszymi przeciwnikami w grze. Są bardzo szybkie, obszar działania mały, a zadawane obrażenia bardzo duże. Aby je pokonać trzeba się wyuczyć każdego ich ataku na pamięć, a co ważniejsze sposobu na kontratak. Można powiedzieć, że to taka zabawa w kamień, papier, nożyce, ale w znacznie szybszym tempie. Po ubiciu kilku Walkirii przychodzi pora na samą królową, a to już jest najtrudniejsze wyzwanie w całej grze okraszone nawet odpowiednim trofeum.

Lokacje zaskakują nas na każdym kroku!

Na osobny akapit zasługuje również oprawa audio. Granie na porządnych słuchawkach czy kinie domowym to wręcz mus. Tak dobrze wyważonego basu nie odczułem już dawno w grach. Nawet podczas rozmowy z pewnym „bytem” czujemy jego potęgę i moc. Muzyka w tle świetnie oddaje klimat nordyckich krain, a głęboki głos aktora dubbingującego Kratosa (Christopher Judge) to uczta dla uszu. Ta gra może służyć jako przykład, że oprawa audio ma takie samo znaczenie (jak nie większe) jak oprawa video. Klimat wylewa się z głośników przy każdej możliwej okazji. Granie w tą grę na zwykłych głośniczkach z TV to barbarzyństwo 🙂

Tak dobrze oddanego śniegu nie było jeszcze nigdy.

Jak już pisałem na samym początku, God of War to pretendent do najlepszej gry roku. Szczerze przyznaję, że ta gra jest dla mnie póki co #1 tej generacji. Jest to gra kompletna, dopracowana w każdym detalu, a do tego brak w niej idiotycznych naleciałości dzisiejszych czasów (loot boxy czy mikrotransakcje). Jest to wspaniała przygoda dla samotnego gracza, dopieszczona w każdym calu i dająca radość graczowi na każdym kroku. Jestem ogromnie wdzięczny studiu Santa Monica, że nie tracili czasu na kolejny bezsensowny tryb multi. Skupiono się na przygodzie i to w tej grze jest właśnie najlepiej oddane. Jeśli ktokolwiek Wam powie, że gry bez multi nie mają dzisiaj racji bytu to wystarczy przytoczyć ten tytuł. Jest to niezbity dowód na to, że dobrze zrobiony singiel wciąż cieszy się ogromną popularnością, a slogany typu „singiel dzisiaj nie jest już tak popularny” zostawmy dla chciwych krawaciarzy bez wiedzy o rynku, a przede wszystkich o graczach. Można się przyczepić, że gra nieco zwolniła tempo i stała się nieco grzeczniejsza, jednak jak już pisałem, są to detale i szukanie dziury w całym. Tak naprawdę jedynym minusem tej gry jest to, że jest świetna i w końcu się kończy.

Zapadające w pamięć krainy mogłyby trafić na niejedną pocztówkę.

Mógłbym pisać o niej jeszcze wiele akapitów w samych superlatywach bo bawiłem się z tym tytułem wybornie i raz jeszcze dziękuje Sony oraz Santa Monica, że nie zapominają o dojrzałych graczach, dla których porządny singiel to wciąż najważniejsza cecha gry. W tą grę musi zagrać każdy, a nawet kupić dla niej konsole. Jest to system seller, gra która podniosła poprzeczkę na takim poziom, że jedynie Naughty Dog będzie w stanie ją przeskoczyć. Jeśli ktoś jeszcze nie grał to czym prędzej musi to nadrobić! Na takie gry warto czekać.

Polecamy

Plusy

+ świetnie napisane postacie i fabuła,
+ dbałość o każdy detal,
+ wolniejsza i nastawiona na taktykę walka,
+ mnogość przedmiotów do rozwoju naszej postaci,
+ klimat nordyckiej mitologi wręcz wylewa się z ekranu,
+ zdecydowanie bardziej dojrzałe podejście do postaci boga wojny,
+ zmieniające się więzy pomiędzy ojcem i synem wraz z rozwojem gry,
+ brak jakichkolwiek lootboxów, mikrotransakcji czy season passów,

Minusy

- nieco mniej brutalności niż kiedyś,
- aktywności końcowe trochę na siłę,
- przydałoby się więcej walk z potężnymi bossami,
- konieczność czekania na dalsze losy Kratosa. :)